Biżuteria Elsy Schiaparelli - między modą, sztuką i surrealizmem
- Jevelx
- 2 dni temu
- 5 minut(y) czytania

Z biżuterią bywa tak, że najpierw przyciąga nas forma – kolor, światło, detal. A dopiero potem zaczynamy zadawać pytania: kto to zaprojektował? skąd się wzięła ta forma? dlaczego jest taka… inna?
W przypadku biżuterii sygnowanej nazwiskiem Elsa Schiaparelli te pytania pojawiają się bardzo szybko. I okazuje się, że żeby zrozumieć tę biżuterię, trzeba zrobić krok dalej. Zobaczyć ludzi, którzy ją tworzyli, artystów, z którymi Schiaparelli współpracowała i kobiety, które miały odwagę ją nosić.
Ale też zatrzymać się na chwilę przy samym czasie, w którym to wszystko powstawało.
To był moment, kiedy Europa międzywojenna szukała nowych języków wyrazu. Kiedy rzeczywistość – po doświadczeniach I wojny światowej – przestawała być czymś oczywistym i stabilnym.
W sztuce pojawił się Surrealizm. Ruch, który nie interesował się tym, co „ładne” ani logiczne. Bardziej tym, co ukryte, podświadome, niepokojące. Artyści – tacy jak Salvador Dalí czy Jean Cocteau – zaczęli traktować rzeczywistość jak materiał do przekształcenia.
I dokładnie w tym świecie działała Schiaparelli, dla której moda była opowieścią, historią, eksperymentem.
Są projektanci, których się podziwia. I są tacy, którzy budzą emocje – czasem zachwyt, czasem konsternację, a czasem jedno i drugie jednocześnie. Elsa Schiaparelli zdecydowanie należała do tej drugiej grupy.
Pisząc ten tekst, złapałam się na tym, że Schiaparelli to jedna z tych postaci, które z czasem tylko zyskują. Im więcej się o niej wie, tym trudniej ją zamknąć w prostym „projektantka mody”. I może dlatego projekty jej biżuterii, choć to biżuteria modowa czy kostiumowa mają walor biżuterii artystycznej. Bo tu też nie chodzi tylko o formę.
Kiedy Schiaparelli pojawiła się w Paryżu, moda była już poukładana. Były zasady, były domy mody, była elegancja, która miała swoje granice.
I nagle pojawia się ona – bez klasycznego wykształcenia projektowego, ale z ogromną intuicją. Jej pierwsze projekty, słynne dzianinowe swetry trompe-l'œil ( z np. wydzierganą kokardą, ktora nie była naszytą ozdobną a jedynie jej iluzją ) były trochę jak żart z mody. To była moda z przymrużeniem oka.

To, co dla mnie osobiście jest w Schiaparelli najbardziej fascynujące, to jej relacje z artystami. Ona ich nie „zapraszała do współpracy”. Ona z nimi prowadziła dialog.
Najbardziej znana jest oczywiście współpraca z Salvadorem Dalí. I tu nie chodzi tylko o słynną suknię z homarem. To była cała seria projektów:
Lobster Dress (1937) – homar namalowany przez Dalíego, prowokacyjnie umieszczony na jedwabnej sukni, który mógł być odczytywany jako symbol napięcia erotycznego
Kapelusz-but (Shoe Hat) – absurdalny, a jednocześnie genialny w swojej prostocie.
Suknia z szufladami (Desk Suit) – inspirowana obsesją Dalíego na punkcie ludzkiego ciała jako mebla.
Puderniczki w kształcie tarczy telefonu.
Ale Dalí to nie wszystko.
Z Jeanem Cocteau stworzyła jedne z najbardziej poetyckich projektów – żakiety i płaszcze z haftami przedstawiającymi profile twarzy, które łączyły się w jeden rysunek.

Była też współpraca z Meret Oppenheim – artystką znaną z futrzanej filiżanki. To ona zaprojektowała dla Schiaparelli bransoletę pokrytą futrem. Dziś brzmi to jak ekscentryczny dodatek. Wtedy – to było coś absolutnie nowego.
I jeszcze Man Ray – jego fotografie i sposób patrzenia na ciało kobiety też przenikały do projektów Schiaparelli.
Wśród jej klientek pojawiały się nazwiska, które same w sobie są historią, artystki, artystokratki, idywidualistki, kobiety niezależne,
Nie były to klientki w dzisiejszym rozumieniu. Raczej współtwórczynie. Kobiety, które rozumiały, że moda może być narzędziem – nie tylko do bycia elegancką, ale do opowiadania o sobie. To były osobowości.
Jedną z najbardziej znanych była Wallis Simpson, dla której powstała słynna suknia z homarem. I to też jest ciekawy wątek – bo ta suknia była jednocześnie elegancka i… lekko skandaliczna. Dokładnie jak jej właścicielka.
Jedną z najważniejszych postaci była oczywiście Daisy Fellowes – redaktorka, kolekcjonerka biżuterii, bywalczyni salonów, kobieta o ogromnym wpływie.
To ona w 1935 roku zorganizowała legendarny bal kostiumowy, na którym elita Paryża pojawiła się w projektach Schiaparelli.
Nie można pominąć Mae West – jej sylwetka stała się inspiracją dla flakonu perfum „Shocking”. To jeden z tych momentów, kiedy moda, ciało i marketing spotykają się w jednym obiekcie.
I oczywiście Marlene Dietrich – choć bardziej kojarzona z innymi projektantami, również sięgała po Schiaparelli, kiedy chciała czegoś mniej oczywistego.
Elsie de Wolfe- aktorka, dekoratorka wnętrz.JJej wnętrza, styl ubioru i obecność towarzyska były szeroko opisywane, co uczyniło ją międzynarodową autorytetką w dziedzinie smaku. Jej wpływ wynikał z głębokiego zrozumienia, jak moda i aranżacja wnętrz pomagają kobietom budować i komunikować swoją tożsamość.

Frida Kahlo nosiła jej perfumy.
Peggy Guggenheim praktycznie nie rozstaje się z jej okularami w kształcie motyli.

Mam wrażenie, że klientki Schiaparelli artystki, kolekcjonerki, indywidualistki, nie przychodziły po ubrania. One przychodziły po narzędzie do wyrażenia siebie. To nie była moda dla kobiet, które chciały się dopasować.
Elitarne klientki Schiaparelli nazywano mannequins mondaines. Nie dlatego, że były modelkami. Ale dlatego, że: pojawiały się na najważniejszych wydarzeniach, pokazywały nowe trendy i sprawiały, że inni chcieli je naśladować. Trochę jak dzisiejsze influencerki.
Nie da się napisć o Schiaparelli bez wspomnienia o kolorze "Shocking Pink". Był manifestem. Intensywny, trochę agresywny, bardzo nowoczesny. Został wprowadzony przy okazji perfum „Shocking”, których flakon – zaprojektowany we współpracy z Dalím – był inspirowany sylwetką Mae West. To był moment, w którym marka zaczęła mówić językiem, który dziś nazwalibyśmy brandingiem.
Perfumy na zdjeciu w witrynie sklepu na Placu Vendome 21 w Paryżu, którą zaprojektowała Bettina Bergery

Biżuteria, to mam wrażenie, wciąż niedoceniony obszar twórczości Schiaparelli.

Często była to biżuteria kostiumowa – ale wykonana z ogromną dbałością, projektowana tak, żeby współgrała z ubraniem, a nie tylko je uzupełniała, dopowiadała historię, kontekst. Patrząc na niektóre egzemplarze, naprawdę trudno nie pomyśleć o współczesnej biżuterii artystycznej.
Powstawała w tym samym świecie, co jej kolekcje: w dialogu z surrealizmem, sztuką i ludźmi, którzy tę sztukę współtworzyli, jak Salvador Dalí czy Jean Cocteau.

Dlatego pojawiają się tu: owady, liście, pióra, fragmenty ciała, usta, oczy, dłonie. Formy, które balansują gdzieś pomiędzy rzeczywistością a snem. Czasem piękne, czasem niepokojące.

Schiaparelli nie ograniczała się też do klasycznych materiałów. Obok złoconych metali pojawiały się szkło, kryształy, emalia, a także nowoczesne jak na tamte czasy tworzywa sztuczne. To nie była biżuteria jubilerska w tradycyjnym rozumieniu, ale raczej eksperyment — próba przeniesienia idei w materię. Te przedmioty są wyraźne, rzeźbiarskie. Nawet ich tył bywa dopracowany, jakby projektantka nie godziła się na półśrodki. Zapięcia, konstrukcja, sposób osadzenia elementów — wszystko jest częścią całości.
Z identyfikacją bywa różnie. Nie każda biżuteria jest sygnowana. Czasem pojawia się pełna nazwa „Schiaparelli”, czasem znak jest dyskretny, a czasem nie ma go wcale.
Najbardziej radykalne projekty powstawały w latach 30., kiedy surrealizm był żywą siłą, a moda mogła jeszcze naprawdę eksperymentować. Późniejsze dekady przynoszą formy bardziej użytkowe, ale ten rys odwagi i wyobraźni nigdy nie znika całkowicie.
Jednym z najważniejszych nazwisk związanych z biżuterią Schiaparelli jest Jean Clément.
To on odpowiadał za wiele projektów w latach 30. i 40. Jego prace: były bardziej dopracowane technicznie, miały już bardziej „biżuteryjny” charakter, choć nadal z nutą ekstrawagancji.

Kolejna bardzo ważna postać to Roger Jean-Pierre.
Pracował nie tylko dla Schiaparelli, ale także dla największych domów mody (m.in. Dior)
Kolejnym jest Jean Schlumberger. Zaczął pracę dla Elsy Schiaparelli od projektowania guzików i biżuterii w latach 30. XX wieku, inspirował się głównie fauną i florą. Po wojnie Schlumberger wyjechał do Stanów Zjednoczonych i rozpoczął współpracę z Tiffany & Co..

Dziś marka Schiaparelli przeżywa renesans, a jej dyrektorem kreatywnym jest Daniel Roseberry.I muszę przyznać – robi to w sposób bardzo świadomy, konsekwentny i imponujący. Nie kopiuje, tylko interpretuje. Złote, rzeźbiarskie formy, surrealistyczne detale, biżuteria, która jest niemal zbroją.
Im dłużej przyglądam się twórczości Schiaparelli, tym bardziej widzę w niej coś, co jest bardzo aktualne.
Tworzyła dla kobiet, które nie chciały być „neutralne”, „bezpieczne” czy „uniwersalne”. Tworzyła dla tych, które chciały być zauważone – ale na własnych zasadach.
I może dlatego jej projekty dziś wciąż są aktualne. Ponieważ projektowała rzeczy, które: wywoływały reakcję, opowiadały historię, wymagały odwagi od noszących. A to są dokładnie te cechy, które dziś cenimy najbardziej – zarówno w sztuce, jak i wj biżuterii.
I tu pojawia się pytanie, które – mam wrażenie – zostaje ze mną po spotkaniu z jej twórczością: czy biżuteria, którą nosimy (albo zbieramy), coś o nas mówi?





























Komentarze